Przejdź do głównej zawartości

Posty

Rodzic

  "Czy ja wszystkim muszę tłumaczyć, że rodzic to jest ten, co zradza potomstwo? To są tak oczywiste sprawy, znane ludziom od miliardów lat"   Te słowa pewnego chłopca, który powinien prawdopodobnie właśnie być gdzieś w szkole średniej, a zamiast tego jest facetem w średnim wieku, a w dodatku ministrem, i co gorsza  jeszcze - edukacji.  Nie zdążył się jeszcze biedny wyedukować wprawdzie, że ludzkość nie tylko nie istniała miliardy lat temu, ale w ogóle dopiero ledwo co pierwsze stawonogi stawiały pierwsze kroki I pojęcie rodzicielstwa raczej nie istniało, ale ja nie o tym.  Rodzic.   Według logiki tej wypowiedzi mój dziadek nie był nigdy rodzicem. Nie miał dzieci - biologicznych dzieci, takich, które powstały z jego DNA i żyły na tyle długo, by ktoś o nich wspominał, przynajmniej. Ale miał córkę. Taką, którą pokochał jako kilkulatkę, gdy wraz z moją babcią pojawiła się w jego życiu. Córkę, której kupował zabwaki, którą wychował i wyedukował, przy które...

Przeklęta sztuka kwestionowania wszystkiego

  Gdybym mogła spodziewać się posiadania odbiorców, zaczęłabym ten sposób: "Czy zdarzyło ci się tracić czas na bezsensowne analizowanie śmiesznego obrazka?"  Zapytałabym tak, gdybym miała kogo - bo mi się zdarza. Właściwie codziennie. Właściwie to właśnie się zdarzyło. Nie dotyczy to tylko śmiesznych obrazków. "Endżojowanie" czegokolwiek w Internecie albo dołączanie do dyskusji nie jest takie proste, łatwe i przyjemnie kiedy twój umysł nie jest gotowy na tak po prostu przyjęcie czegoś do wiadomości, tylko zaraz zaczyna zadawać pytania jak "dlaczego", koniecznie musi poznać kontekst, a jak go nie ma, to sobie samemu rozważyć możliwości i w ogóle zastanawia się, czy to, co widzi to na pewno to, co wszyscy widzą. Jeden z moich byłych wykładowców powiedziałby tu o "ciekawości badacza", niezwykle cennej i ważnej umiejętności. Problem pojawia się wtedy, kiedy ta cierpliwość spotyka jedną z takich sytuacji: - Rzecz, której kontekstu nie sposób dociec - ...

Punkt Głośnego Myślenia

Wszystko musi mieć swój początek.  Na przykład blog.  Klasyczne blogowanie wydaje się formą nieco archaiczną na rok dwa tysiące dwudziesty pierwszy. W zasadzie jeśli człowiek chce się dzielić swoimi przemyśleniami to powinien założyć "fanpejdża" na Facebooku albo nagrywać video na YouTube, a jeśli nie chce, to po co się pcha do Internetu? Zżera cenne miejsce, zostawiać ślad węglowy na serwery zapisujące te wszystkie bzdury... Cóż. Tak, jak kot, który sam czasem nie wie, czy chce wyjść na zewnątrz, czy nie chce, tak i ja nie jestem pewna czy chcę wyjść, czy nie chcę wyjść ze swoim życiem wewnętrznym. Taki blog, klasyczny blog, pozwala mi właśnie wyjść troszeczkę. Anonimowo. Powoli. Bez stresu i spiny. Być może u podłoża tego kociego wychodzenia leży zwyczajna niepewność. Nie wiem, czy nie będę śmieszna, trochę zbyt naiwna, zbyt głupia. Nie jestem przebojowa, nigdy nie byłam; nie znam się na promocji, a zwłaszcza autopromocji, nie wiem, czy myślę zbyt schematycznie, albo wręcz ...