Dawny był i krótki pierwszy żywot tego bloga. Pierwszy, bo można wrócić, czemu nie. W czasach, gdy już nikt nie bloguje, nie ma reguł - można porzucać i wracać, nikt nie pyta. Krótki był żywot, bo chciałam pisać ale potem przytłoczyła mnie praca i już mi się nie chciało, ani pisać, ani myśleć, nic mi się nie chciało. Niemniej jednak, ciągle lubię pisać. W międzyczasie kupiłam ładny zeszyt, pisałam niejako pamiętnik, osobiste notatki na żywioł - ale i w nim więcej dziś przerwy niż treści, pustka, nie ma żadnych z ważnych moich wydarzeń. Zostało mi dziś pisanie maili w pracy, że tak, to jest poprawnie, dziękuję, umów się proszę na spotkanie, tak, w rzeczy samej poprawnie oznacza poprawnie, ale umów się na spotkanie nie koniecznie oznacza coś zupełnie innego niż umów się na spotkanie, zgodzę się, że, to może być trudne do zrozumienia, postaram się wyjaśnić to lepiej. Żarty jednak na bok. Oprócz trzech tekstów, które ujrzały swoje zakończenie i publikację jako ...
"Czy ja wszystkim muszę tłumaczyć, że rodzic to jest ten, co zradza potomstwo? To są tak oczywiste sprawy, znane ludziom od miliardów lat" Te słowa pewnego chłopca, który powinien prawdopodobnie właśnie być gdzieś w szkole średniej, a zamiast tego jest facetem w średnim wieku, a w dodatku ministrem, i co gorsza jeszcze - edukacji. Nie zdążył się jeszcze biedny wyedukować wprawdzie, że ludzkość nie tylko nie istniała miliardy lat temu, ale w ogóle dopiero ledwo co pierwsze stawonogi stawiały pierwsze kroki I pojęcie rodzicielstwa raczej nie istniało, ale ja nie o tym. Rodzic. Według logiki tej wypowiedzi mój dziadek nie był nigdy rodzicem. Nie miał dzieci - biologicznych dzieci, takich, które powstały z jego DNA i żyły na tyle długo, by ktoś o nich wspominał, przynajmniej. Ale miał córkę. Taką, którą pokochał jako kilkulatkę, gdy wraz z moją babcią pojawiła się w jego życiu. Córkę, której kupował zabwaki, którą wychował i wyedukował, przy które...