"Czy ja wszystkim muszę tłumaczyć, że rodzic to jest ten, co zradza potomstwo? To są tak oczywiste sprawy, znane ludziom od miliardów lat"
Te słowa pewnego chłopca, który powinien prawdopodobnie właśnie być gdzieś w szkole średniej, a zamiast tego jest facetem w średnim wieku, a w dodatku ministrem, i co gorsza jeszcze - edukacji.
Nie zdążył się jeszcze biedny wyedukować wprawdzie, że ludzkość nie tylko nie istniała miliardy lat temu, ale w ogóle dopiero ledwo co pierwsze stawonogi stawiały pierwsze kroki I pojęcie rodzicielstwa raczej nie istniało, ale ja nie o tym.
Rodzic.
Według logiki tej wypowiedzi mój dziadek nie był nigdy rodzicem. Nie miał dzieci - biologicznych dzieci, takich, które powstały z jego DNA i żyły na tyle długo, by ktoś o nich wspominał, przynajmniej. Ale miał córkę. Taką, którą pokochał jako kilkulatkę, gdy wraz z moją babcią pojawiła się w jego życiu. Córkę, której kupował zabwaki, którą wychował i wyedukował, przy której stał w dniu jej ślubu, której dzieci brał na całe lato na działkę i zrobił im piaskownicę; córkę której poświęcił pół życia, wnuki, rodzinę, i poświęciłby jeszcze więcej, gdyby mógł.
Powtórzę, według logiki tak zwanego ministra nie był rodzicem. Rodzicem mógł być co najwyżej facet, który ulotnił się gdzieś w okolicach urodzenia dziecka, facet którego jedyną zasługą było dojście w konkretnym czasie w konkretnym miejscu.
Zdaję sobie sprawę, że persona która wypowiedź wysnuła nie myślała o rodzicach adopcyjnych wcale. Można chyba spokojnie przyjąć, że w ogóle nie myślała zbyt wiele - sprawa jest jasna. Chodziło o nic więcej jak przywalenie "elgiebetom". Tak politycznie.
Ale przywaliła też ludziom którzy z lgbt nie mają nic wspólnego, za to o wiele więcej z miłosierdziem i chrześcijaństwem niż ten mały człowiek kiedykolwiek mieć bedzie. Przywaliła wszystkim tym, którzy - często wbrew kąśliwych uwag i krzywych spojrzeń - potrafili dać siebie zupełnie nie samolubnie. Wszystkim rodzicom adopcyjnym, którzy dali dom dzieciom których życie już tak wcześnie naznaczył jakiś dramat; wszystkim ojczymom i macochom, którzy musieli zbudować od podstaw relacje z dziećmi, nie raz z wielkim trudem i z wieloma bolesnymi momentami; wszystkim parom, którym nie dane było począć dziecka "siłami natury", ale mieli w sobie tę miłość. Wszytkim tym, którzy "wychowują nie swoje dziecko".
W jednym głupim zdaniu tak zwany minister odmawia im rodzicielstwa. Na nic ich miłość, starania, poświęcenia - rodzic to tylko biologia - szczególnie w wypadku mężczyzny, to ten co miał fortunny wytrysk w okolicy kobiecego krocza. Tyle, wóz albo przewóz. A przypomnę jeszcze, przykazanie któreś tam: czcij ojca swego i matkę swą. Matka i ojciec to rodzice, nie? W takim wypadku, chcąc być wierne religii, adoptowane dziecko powinno być winne coś rodzicom biologiczym ponad tymi co wychowali. Nawet jeżeli biologiczni porzucili albo krytycznie zaniedbali.
Oczywiście, to bzdura. Do takich bzdur prowadzi właśnie nienawiść. Walić na odlew, zabić wszystkich, Bóg pozna swoich.
Chcę więc napisać: lgbt czy nie, kobieta czy mężczyzna czy osoba nie binarna, biologiczny czy adopcyjny czy jakkolwiek jeszcze - Rodzic to ten co kocha, i chucha na kuku, i zabrania lodów przed obiadem, i pakuje kanapkę do szkoły, i przypomina o pracy domowej, i każe sprzątać pokój, i slucha pierwszego zwierzenia o dziewczynie albo chłopaku, i razem z Tobą się stresuje przed maturą, i pyta kiedy przyjedziesz na obiad i co ci zrobić dobrego... I jeszcze raz kocha. I to jest Rodzic. Przez duże R. A ten tak zwany minister, który uważa inaczej - zostanie zawsze przez bardzo małe m. Na większe nie zasługuje.
W tym miejscu chciałam podziękować wszystkim tym, którzy są Rodzicami, nie dlatego że zdarzyło im się spłodzić dziecko, ale właśnie z wyboru, z własnej, niełatwej pracy. Brawo Wy. Jesteście super. Jesteście rodzicami w pełni tego słowa znaczeniu, na 100% prawdziwymi. I wy to wiecie, I żadne słowa żadnej miernoty zmienić tego nie mogą.
Dodam jeszcze jedno. Ten pożal się minister ma dzieci. Tak, jak twierdzi Internet ma dzieci.
I tylko dzieci pewnie wiedzą - czy jest Rodzicem, czy tylko tym, co spłodził. Bo gdyby być kąśliwym, to powiedzieć by można, że może zazdrość przez niego przemówiła, że można nie mieć własnych dzieci - a rodzicem być po stokroć lepszym... ot szukanie powodu do dumy, gdy się nie ma z czego, to chociaż z wytrysku.
Ale to tylko kąśliwe uwagi. Prawda jest jednak taka - rodzic to znacznie więcej niż rodzić. I ludzie to wiedzą, odkąd są ludźmi, nie mikrobami; ba wiedzą to też i psy i wszystkie zwierzęta stadne, nawet chyba małe kawki co przecież zaopiekują się osieroconymi pisklakami.
I tylko Ci, których zaślepia nienawiść, nie wiedzą.
Komentarze