Przejdź do głównej zawartości

Przeklęta sztuka kwestionowania wszystkiego

 



Gdybym mogła spodziewać się posiadania odbiorców, zaczęłabym ten sposób:

"Czy zdarzyło ci się tracić czas na bezsensowne analizowanie śmiesznego obrazka?" 

Zapytałabym tak, gdybym miała kogo - bo mi się zdarza. Właściwie codziennie. Właściwie to właśnie się zdarzyło.

Nie dotyczy to tylko śmiesznych obrazków. "Endżojowanie" czegokolwiek w Internecie albo dołączanie do dyskusji nie jest takie proste, łatwe i przyjemnie kiedy twój umysł nie jest gotowy na tak po prostu przyjęcie czegoś do wiadomości, tylko zaraz zaczyna zadawać pytania jak "dlaczego", koniecznie musi poznać kontekst, a jak go nie ma, to sobie samemu rozważyć możliwości i w ogóle zastanawia się, czy to, co widzi to na pewno to, co wszyscy widzą.

Jeden z moich byłych wykładowców powiedziałby tu o "ciekawości badacza", niezwykle cennej i ważnej umiejętności. Problem pojawia się wtedy, kiedy ta cierpliwość spotyka jedną z takich sytuacji:

- Rzecz, której kontekstu nie sposób dociec

- Rzecz, której kontekst ustalić jest trudno, a osoba ciekawa ma krótki attention spawn

- Rzecz, która w ogóle nie jest warta dociekań, denerwowania się, analizy, bo nic wartościowego do życia nie wniesie.

Czyli, sumując, w zasadzie mówimy o większości przejawów mojej ciekawości. Poza jednym, ale nad nim popastwimy się później - bo czy to nie pora na anegdotkę? 

(https://9gag.com/gag/aYox6zm)

Wbrew pozorom nie cofam się teraz o jakieś dwanaście lat do tyłu i zostaję słodką nastolatką wrzucającą fajne obrazki na swojego bloga, choć faktycznie, dzielę się jakimś "look what I found in Internet".

Różnica tkwi w tym, że nie podaję zdjęcia dlatego, że jest śmieszne, tylko dlatego, że to akurat najaktualniejszy przykład, który pchnął mnie do wyprodukowania tego tekstu (jako dziewiczego tu materiału). 

Zasadniczo moje podejście do zdjęcia nie różni się jakoś szczególnie od powszechnego, czyli "co tu się zadziało?". To pytanie zadaje sobie pewnie każdy, kto je widzi. Do tego momentu wszystko w normie...

... aż mózg nie zapyta: ej, myślisz, że może coś się z jej butami normalnymi stało i założyła, co miała? A może to w ogóle nie jest prawdziwa policja? A może....

Oho. Ktoś tu żąda odpowiedzi. A reverse image searching w Google nie daje zadowalających rezultatów. Co robić? Zapewne wzruszyć ramionami i zająć się czymś innym byłoby najlepszą z opcji, a otworzyć bloga i napisać o tym - najgorszą. Cóż. Ja i mój mózg nie wybieramy najsensowniejszych rozwiązań. 

To oczywiście tylko taka anegdotka. Krótka historia o tym, jak nie mogę się skupić na niczym, bo chcę odpowiedzi

Inną zupełnie stroną medalu, kiedy ta dociekliwość nie pozwala ci się tak po prostu zdrowo zdenerwować.

https://www.thestreet.com/mishtalk/economics/coca-cola-confirms-training-employees-try-to-be-less-white

To, co tu widzimy to czysty rasizm, nie? Według przekazywanych informacji widzimy wewnętrzne szkolenie pracowników Coca-Cola w Stanach Zjednoczonych. Te "wyciekłe" slajdy odbiły się sporym echem - jak to firma sponsoruje czyste szejmingowanie białych ludzi. Ja też miałam taką automatyczną reakcję, oburzenie, że jak to, że przeginają. Chciałoby się napisać taki post, o współczesnym rasizmie w USA, a nie jakieś prywatne wynurzenia. Tylko gdyby tak być mogło, to to nie byłby post o kwestionowaniu wszystkiego

A wszystko, co w tej kwestii mam, to te cztery slajdy, trochę tweetów i kilka artykułów pastwiących się nad rzeczonymi slajdami i tweetami. I tu wjeżdża reakcja numer dwa: mało!

I tłumaczę sobie: ok, a co jeśli to wcale nie jest właściwy przekaz? Co jeśli wcale nie wymaga się od nikogo bycia "mniej białym"? Co jeśli to było ćwiczenie warsztatowe, w ramach których poddano uczestników jakiejś "odwrotności" rasizmu, z jakim spotykają się "kolorowi" (cóż za niepoprawne politycznie określenie, muszę zaktualizować swój słownik)? Ja się teraz zdenerwuję, a się potem okaże, że nie o to chodziło. Ciskać gromy łatwo, burzyć się na firmę i na szkoleniowca - zabrać te ciśnięte gromy trudniej, słowa odwołać... A co jeśli nie warto? Nie warto w bagno wchodzić o cztery slajdy?

Tutaj ktoś może powiedzieć, że wjechał mi mocno jakiś bias klajstrujący dysonans poznawczy, bo pewnie jestem taką lewaczką, co to nie wierzy, że może być rasizm w stosunku do białych. Sama siebie trochę skontruję, że jakby nie o to chodziło, to Coca-Cola na pewno  by to zaraz wytłumaczyła, wrzuciłoby się kontekst, bo to w końcu wizerunkowa plama. I że może dobrze, że ktoś się oburza, już o te cztery slajdy, że problem trzeba adresować od razu, nie czekać aż się rozwinie.

A jednak ja nie potrafię. I jeśli ktoś chce mi zarzucić, że to tylko błąd wynikający ze światopoglądu, a nie tam żadnej nadmierności kwestionowania, to rzucę jeszcze jeden przykład.


O panu Czarnku zdanie mam jak najgorsze, ukrywać nie będę, wręcz przeciwnie. Dlatego naprawdę bardzo chciałam dołączyć do ogólnego oburzenia na to, co w tym nagłówku znalazłam, na taką jakąś gruboskórną obrzydliwość... Nie tak prędko, rzecz jasna. Pierwsze co zrobiłam, to googlowanie statystyk, bo kto wie, może faktycznie u dziewczynek to większy problem? Nie, jest przeciwnie, to chłopcom bardziej grozi otyłość. Czy już można się denerwować? Oczywiście, że nie. Pora na wczytanie się, co to ten minister dokładnie wysmarował. 

I klops. Jakkolwiek nie była to światła wypowiedź, nie powiedział tego, w co każe nam wierzyć clickbaitowy nagłówek. Omawiany program ma adresować bowiem nie tylko o otyłość, ale i wady postawy. Tutaj brak szeroko zakrojonych badań, ale w tych prowadzonych na małych grupach, pojawiła się właśnie przewaga wad postawy u dziewcząt. Trudno też udawać, że w wypowiedzi dotyczących dodatkowej aktywizacji uczniów w ramach zajęć "wychowania fizycznego" i sks-ów, nie mogło chodzić o to, że dziewczyny częściej niechętnie do tego podchodzą, migają się - szczególnie że, choć badań nie znalazłam, to "na oko" (sposób nie do mówienia o twardych faktach, ale dopuszczalny na użytek codzienny) wygląda, że tak właśnie być może. I to zupełnie inny temat, czy cała ten przekaz jest wartościowy, czy nie; ważne jest - nie mam podstaw, by się na pana Czarnka zżymać jak cały Internet, twierdzący, że minister dziewczynkom wmawia, jakie są grube.

Co gorsza, za szybki podaniem znajomej, artykuł zobaczyłam całkiem wcześnie, co oznaczało, że dopiero przede mną była fala kolejnych podań, satyry, polityków mających używanie na tym jednym nagłówku... Kiedy ja, ja już pola ustąpiłam, stwierdzając, że ta wypowiedź nie była aż tak głupia, jak można się było tego spodziewać. I mając już to swoje zdanie, musiałam dzierżyć reakcje, które były o wiele bardziej powierzchowne, emocjonalne - i choćbym chciała wroga raz jeden bronić, to jak, to po co - komentarz czy dwa mentalności świata nie zmienią... I to właśnie jest czwarty problem z ciekawością - dociekanie prawdy, gdy wszyscy chcą widzieć tylko nagłówek, i poczucie, że świat postradał zmysły.

Na koniec chciałabym jednak powiedzieć, że taka sztuka kwestionowania wszytskiego - to coś dobrego. Wprawdzie jest przeciwniczką działania, więc nie pcha świata do przodu, nie mówiąc o osobistych startach na zdrowiu psychicznym i konstruktywnym spędzaniu czasu (pisałam ten tekst ze 4 godziny, to właśnie jest mój problem). Mimo to wydaje mi się, że gdyby to małe przekleństwo dotykało - przynajmniej od czasu do czasu - wszytskich ludzi, świat mógłby być trochę lepszym miejscem.

Ponieważ świat nie potrzebuje więcej zdenerwowanych z jakiegokolwiek powodu - ważne by denerwować się z tych właściwych, a tych właściwych nie brakuje. Ważne, by tam, gdzie to możliwe, starać się jednak zrozumieć. Łapać te punkty wspólne i trzymać się ich jak koła ratunkowego na wzburzonym morzu. Szukać. Chcieć wiedzieć. 

I to dobrze, że to jest pierwszy para-felieton na tym blogu, bo myślę, że większość jego treści właśnie z tej sztuki kwestionowania wszystkiego wynikać będzie, zapełniona rozwiniętymi rozważaniami, jakich próbkę uporządkowania samej sobie dziś dałam.

Tymczasem życzę dla siebie, by czasem kwestionować i pytać trochę mniej, skupić się na życiu. 

Ale dla świata - chciałbym, byśmy kwestionowali i pytali trochę więcej. 

Bo w tym tkwi bardzo niedoceniona siła - porozumienie.

Komentarze